Kot, który rozmawiał z duchami

Kot, który rozmawiał z duchami - Lilian Jackson Braun

Śmierć Iris wstrząsnęła nie tylko Qwillem, który stracił wieloletnią znajomą i cudowną gospodynię, ale całą społecznością Moose County. Kustoszka-rezydentka Wiejskiego Muzeum Goodwinterów, świetna antykwariuszka, działaczka społeczna – pani Cobb cieszyła się ogromną sympatią mieszkańców okręgu i dlatego jej odejście jest dla nich niepowetowaną stratą. Qwilleran przeprowadza się na farmę Goodwinterów do czasu, aż Towarzystwo Historyczne nie znajdzie zastępcy na stanowisko Iris. Dziennikarz chce skorzystać z okazji i przeglądnąć dokumenty zgromadzone przez muzeum. Jednakże cały czas nie daje mu spokoju ostatnia rozmowa telefoniczna z panią Cobb. Czy kobieta faktycznie coś widziała za oknem czy tyko jej się przywidziało? Duch? Złodziej? A może tylko niepokojąco wyglądający podmuch wiatru? Wąsy Qwillerana drżą i podpowiadają, że przyczyną śmierci Iris wcale nie był zawał serca. Na dodatek Koko dziwnie się zachowuje. Całymi dniami przesiaduje w kuchni i wpatruje się jak zaklęty w okno, mrucząc pod nosem. Czy tylko mruczy? A może coś komentuje? Albo… rozmawia z duchami?
Lilian Jackson Braun przeszła samą siebie. Kot, który rozmawiał z duchami (1990) jest zdecydowanie jedną z najlepszych powieści kociego cyklu. Od książki nie można się wprost oderwać. Intryguje wszystko – tajemnicza śmierć Iris, nowi mieszkańcy Moose County, ale przede wszystkim przeszłość okręgu, związana z osobą znienawidzonego bogacza, Ephraima Goodwintera.
Śmierć Iris stanowi dla pisarki pretekst do snucia opowieści o burzliwych wydarzeniach z historii hrabstwa, a zwłaszcza o wypadku w kopalni należącej do Goodwintera z 13 maja 1904 roku. Pradziad Juniora, redaktora naczelnego Moose County coś tam, a zarazem dawnego redaktora Pickax Picayune, oszczędzając na środkach bezpieczeństwa, przyczynił się do tragedii, w której zginęło trzydziestu dwóch górników. Qwilleran badając sprawę ich śmierci, dowiaduje się, że potomkowie zabitych założyli tajne bractwo o nazwie Szlachetni Synowie Stryczka, powiesili Ephraima Goodwintera i upozorowali jego samobójstwo. Po latach okazuje się jednak, że Ephraim Goodwinter mógł wcale nie zginąć w linczu, za to mógł być mocodawcą kolejnej zbrodni. Na światło dzienne wychodzą skrywane od dziesięcioleci dokumenty, zaś wiekowi świadkowie decydują się wreszcie opowiedzieć o tym, co zaszło w zamierzchłej historii.
Qwill usiłuje rozwiązać zagadkę przeszłości, tropi zabójcę sympatycznej pani Cobb, a jakby tego było mało, na głowie ma trzyletnią dziewczynkę, która bardzo chce… zobaczyć jego kotki.
..."Podczas gdy Qwilleran kontemplował gasnący majestat Fugtree, jakaś postać stojąca na bocznym dziedzińcu farmy przyglądała mu się, stojąc z rękami opartymi na biodrach. Qwilleran odwrócił się i szybkim krokiem poszedł z powrotem w kierunku Black Creek Lane. Przeszedł obok budynku dla parobków ze wzrokiem skierowanym prosto przed siebie. Mimo to spostrzegł, że znany mu brzdąc przebiega przez frontowy dziedziniec.
- Dzień dobry! – zawołała dziewczynka.
Zignorował pozdrowienie i przyspieszył kroku.
- Dzień dobry! – zawołała znowu, kiedy się z nią zrównał.
Qwilleran nie zatrzymywał się. Jako młody chłopiec z Chicago został nauczony, że nigdy nie należy rozmawiać z obcymi dorosłymi. Teraz, jako człowiek dorosły w zmieniającym się świecie, uważał, że ostrożność nakazuje nie rozmawiać z obcymi dziećmi"...
Trzylatka jest jednak nieustraszona i bezustannie szuka kontaktu z wąsatym dziennikarzem. Ich spotkania na kartach powieści kipią humorem, podobnie zresztą jak opisy podejmowanych przez Qwillerana prób zagłębienia się w hodowlę kóz:
..."Po pobieżnym przeglądzie rozdziałów na temat hodowli, karmienia, dojenia, obcinania rogów, kastrowania, obcinania racic, czyszczenia obory i wykorzystywania obornika miał pełną jasność: lepiej być bezrobotnym niż hodować kozy. Istniało również niebezpieczeństwo chorób, takich jak kokcydioza, nużyca, wzdęcia i zakaźne zapalenie racic. Były też wady wrodzone: słabe pęciny, obwisłe wymię, zarośnięty kanał strzyka w wymieniu i hermafrodytyzm. Nic dziwnego, że małe kózki wyglądają na ciężko przestraszone"...

Podsumowując, dziesiąty tom kocich kryminałów jest zaskakująco mocny. Sprawnie napisany i wciągający, pozwala sądzić, że pisarkę stać na wiele więcej, niż to, co prezentowała do tej pory. I, co najważniejsze, daje nadzieję, że kolejny tom cyklu będzie równie dobry ;)