Misery

Misery - Stephen King Być sławnym pisarzem! Ta myśl przyświeca tysiącom albo i setkom tysięcy początkujących, dopiero raczkujących szermierzy pióra i klawiatury! Bo sławny pisarz to jest ktoś. Nie dość, że jest słynny, co jest przecież pożądane samo w sobie, to weźmy jeszcze to wszystko, co ze sławą się wiąże: wielkie pieniądze, piękne samochody i szybkie kobiety... czy jakoś tak. Czasami jednak licznik się przekręca i to wszystko, co stanowi zaletę bycia wielkim artystą, może zacząć uwierać niczym cierń w stopie. Takiego „szczęścia” zaznał Paul Sheldon, amerykański pisarz, którego książki okupują listy bestsellerów. Spotkał jedną ze swoich wielbicielek, i to od razu tę największą, tak duchem, jak i ciałem. Wpadł w sidła zastawione przez jego własny talent. I teraz musi wypić kufel piwa, który sobie nawarzył. A łatwo mu nie będzie. Sheldon trafił bowiem, prosto po ciężkim wypadku samochodowym w ręce – a raczej w łapy – maniakalnej wielbicielki jego talentu, a przy tym psychopatki, posiadającej podejrzane umiejętności pielęgniarskie oraz chlubiącej się dostępem do ton specyficznych medykamentów. Samo to jest już średnio sympatyczne, a dodatkowo sadystyczna wielbicielka postawiła sobie za punkt honoru, aby wielki Sheldon napisał książkę tylko dla niej. By to uczynić, musi on wskrzesić ze zmarłych znienawidzoną przez siebie bohaterkę, wygrać starcie z paraliżującym go bólem i oprzeć się uzależnieniu od narkotyków. Biorąc pod uwagę, że książka Misery wyszła spod pióra Stephena Kinga, wiadomo, że łatwo nie będzie. Będzie natomiast ciekawie. Stephen King to uznany na świecie pisarz i jego osoby nikomu bliżej przedstawiać nie trzeba. Spośród licznych stworzonych przez niego powieści, Misery uchodzi za jedną z lepszych – z takimi opiniami można się spotkać na rozlicznych forach czy też podczas bezpośrednich rozmów z czytelnikami. Bez wątpienia coś w tym jest. Sam fakt, że King bohaterem powieści uczynił pisarza, i to sławnego, choć oczywiście całkiem fikcyjnego, jest już zastanawiający i obiecuje ciekawą zabawę. Sheldon jest jedną z bardziej udanych postaci wykreowanych przez mistrza thrillerów i horrorów. Zwraca uwagę duża doza ironii, a może nawet autoironii, z którą nakreślony został portret tego bohatera. Bez wątpienia King skorzystał z faktu, że, pisząc o pisarzu, stąpa po świetnie sobie znanym gruncie, ale też, zgodnie ze swoją klasą pisarską, nie przestraszył się pułapek w tym tkwiących. Mniej podobały mi się pewne rozwiązania formalne. Narracja, co nie jest nietypowe dla Kinga, bywa momentami bardzo skomplikowana i przypomina stosik rozsypanych puzzli, które układać należy na bieżąco podczas czytania. Zabieg ten nie jest stosowany przypadkowo i odnajduje usprawiedliwienie w warstwie fabularnej, ale moim zdaniem nie jest aż tak bardzo potrzebny. A przynajmniej nie w takim natężeniu. Kimże ja jednak jestem, aby krytykować Mistrza? Zresztą, spójrzmy prawdzie w oczy: Kinga krytykować jest trudno z przyczyn obiektywnych. Ten światowej sławy pisarz, sam siebie nazywający sprawnym rzemieślnikiem, po prostu nie popełnia błędów. Jest niczym potężna i precyzyjnie pracująca maszyna, co nie zmienia faktu, że jego powieści są pełne uroku i magii, których nie mógłby nadać im żaden automat. Misery jest typową książką Kinga, moim zdaniem wcale nie lepszą od pozostałych, ale i nie gorszą. Czyta się ją bardzo dobrze i z przyjemnością, a po lekturze pozostaje odrobina głodu i pragnienie kontynuowania lektury. Mówiąc krótko: niezależnie jak bardzo bym Kinga nie trawił, nie mogę uczynić nic innego, jak tylko polecić Wam, drodzy Czytelnicy, Misery z sumieniem czystym i wzniośle z siebie dumnym.